Czy blisko trzygodzinny film, praktycznie pozbawiony fabuły, obsadzony niemal wyłącznie naturszczykami i powstały w niecałe dwa miesiące może zachwycić publiczność na całym świecie? Może, jeśli to „American Honey” Andrei Arnold, reżyserki i scenarzystki z Wielkiej Brytanii, która dała się poznać widzom jako twórczyni niezależnego kina w rodzaju „Fish Tank”, nowej odsłony „Wichrowych wzgórz” lub krótkometrażowej, uhonorowanej Oscarem „Osy”.
Star (wypatrzona podczas spring break w Panama City Beach na Florydzie, po raz pierwszy na wielkim ekranie: Sasha Lane) ma osiemnaście lat, mieszka z ojczymem i młodszym rodzeństwem, i bardzo wiele brakuje jej do szczęścia. Dlatego kiedy tylko nadarza się okazja, by dołączyła do włóczącej się po Stanach Zjednoczonych grupy nastolatków, nie waha się ani chwili. Tak oto rozpoczyna w jej życiu okres nocowania w podrzędnych motelach, wchodzenia w konflikt z prawem, przeżywania pierwszych erotycznych uniesień, przybierającego na sile, emocjonalnego zaangażowania, zachłystywania się wolnością, stopniowego odkrywania własnych pragnień, własnej tożsamości i tego, co to znaczy być dorosłym człowiekiem.
Opowiadając swoją pierwszą amerykańską historię, Arnold nie uderza ani w sentymentalne, ani w protekcjonalne, ani w moralizatorskie tony. Koncentruje się przede wszystkim na skomplikowanym procesie dojrzewania głównej bohaterki, przez co film może początkowo sprawiać wrażenie chaotycznego, rozwlekłego – ostatecznie jednak wciąga, zaskakuje i zachwyca wnikliwością. Zapada w pamięć nie tylko za sprawą wielkich hitów wykorzystanych w ścieżce dźwiękowej.